Zaufanie

Piąte przykazanie rozwoju duchowegoPodążając za drugim człowiekiem, można zgubić własną ścieżkę
Szukając miłości i pociechy u drugiego człowieka, można uśmiercić własne serce
Ufając bezgranicznie drugiemu człowiekowi, można utracić własne ideały
Będąc swoim własnym panem i sługą – nie można popełnić dwa razy tego samego błędu

Piąte przykazanie rozwoju duchowego:
Nie pozwól sobie nadmiernie ufać ideom i wierzeniom, ponieważ często prowadzą człowieka do samodestrukcji.

Czy zastanawialiście się kiedyś, w jaki sposób powstają religie? Mają zwykle swoje źródło w jednym myślicielu. Nazwijcie go jak chcecie: mędrcem, prorokiem, mesjaszem, oświeconym, guru, swami. Nazw jest wiele, lecz istota takiego człowieka zawsze pozostaje niezmienna. Ja najbardziej lubię określenie „koleś z wiecznym uśmiechem na twarzy”, ale zdaję sobie sprawę z tego, iż termin ten może nie być zbyt wygodny podczas czytania niniejszego postu. Ograniczmy się zatem do jednego słowa: mędrzec.

Mamy zatem takiego mędrca – człowieka wielce uduchowionego, który zdaje się rozumieć zasady naszej rzeczywistości; potrafi odpowiedzieć na każde pytanie w taki sposób, że słuchacze otwierają szeroko oczy z zachwytu lub eksplodują wściekłością. Mędrzec budzi podziw lub nienawiść; nikt nie pozostaje obojętny na jego słowa.

Co się dzieje dalej? Mędrzec znajduje słuchaczy (a jakże), a kilku z nich zostaje jego uczniami. Uczniowie pojawiają się prędzej czy później. Naprawdę nie ma przed nimi ucieczki. Naturalnym bowiem prawem wszechświata jest to, że tam gdzie pojawia się mądrość, znajdą się i marzyciele jej poszukujący. Są to ludzie pragnący posiąść jakąś egzotyczną tajemnicę; skarb cenniejszy niż szlachetne kamienie i metale.

Słuchając wykładu duchowego nauczyciela, uczniowie przyjmują zwykle jego słowa bezkrytycznie. Jest to bowiem człowiek darzony powszechnym szacunkiem i zaufaniem. Ludzie wierzą w jego słowa. Dlaczego nie mielibyśmy również wierzyć? Czy jest coś złego w wierze? Nie. Pod warunkiem, że wiara wypływa z naszych własnych przemyśleń, a nie ze słów wypowiedzianych przez innego człowieka. Na jakiej podstawie twierdzimy, że wie on coś więcej; że jest lepiej poinformowany od nas? To może się sprawdzać w kwestii nauk ścisłych. Ekonomista zna lepiej prawidła rządzące gospodarką – dobrze zatem go wysłuchać. Astronom lepiej zna niebo i gwiazdy – czyż możemy z nim konkurować? Chirurg wie, w jaki sposób przeprowadzić operację – nie zaprzeczajmy jego umiejętnościom. A jak jest z duchowymi nauczycielami? Cóż takiego mają, czego brakuje przeciętnemu człowiekowi? Nie mają nic. Nie wiedzą nic więcej. Być może więcej czasu poświęcili na analizę rzeczywistości. Z pewnością jednak nie są w stanie posiąść niczego, czego i my nie moglibyśmy zdobyć. Nie bez powodu mistrzowie zen mówią, że nauczyciel może jedynie wskazać drzwi uczniowi; uczeń jednak sam musi przez te drzwi przejść – musi sam siebie nauczać.

OK. Mamy zatem mędrca i kilkoro uczniów. Zrobiła się już gromadka, lecz ciągle na tyle nieliczna, by przynależność do niej stanowiła pewne wyróżnienie. Bycie uczniem człowieka oświeconego jest przecież nie lada zaszczytem. Przynależność do grupy najbliższych uczniów nabiera szczególnego znaczenia po śmierci nauczyciela. Tworzy się wówczas krąg osób wtajemniczonych; tych, którzy niosą dalej nauki mistrza.

Z każdym pokoleniem owe nauki stają się jednak coraz bardziej „zanieczyszczone”. Wielu ludzi nie rozumie słów oświeconego człowieka. I nie ma się co dziwić – oni przecież oświeceni nie są. Wszelkie wątpliwości muszą wyjaśniać osoby wtajemniczone. One same jednak wszystkiego nie rozumieją. Niektóre nauki muszą siłą rzeczy „brać na wiarę”. Ich uczniowie również nie mają wyjścia: słuchają kazań i wykładów pielęgnując w sobie wiarę w elementy dlań niezrozumiałe. Do tego dochodzą różne interpretacje i dodatki przydatne w zależności od panujących warunków ekonomiczno-społecznych.

Tak rodzą się religie. Wraz z upływem czasu i poszerzaniem wpływów, coraz więcej pojawia się osób, które nie wszystko rozumieją. Trzeba im to wyjaśniać w coraz prostszy i łatwiejszy do „przełknięcia” sposób. To prowadzi często do dogmatyzmu, a nawet fundamentalizmu. Na tym etapie przekazy oparte na naukach mędrca (tego, od którego się wszystko zaczęło) zamiast pobudzać do rozwoju, zamykają umysły i ograniczają ducha. Trzeba przestrzegać sztywnych zasad – niezmiennych w czasie, gdyż opartych o nauki mędrca.

Jeśli w coś wierzysz, znaczy, że żyjesz w niepewności. Brakuje ci wiedzy, w wyniku czego w sercu gnieżdżą się wątpliwości. Człowiek żyjący w zgodzie z naturą wszechświata nie potrzebuje wiary, gdyż on po prostu wie. Człowiek wierzący wierzy (sic!) w istnienie Boga, mędrzec żyje w Bogu każdego dnia. Ani na chwilę nie zrywa z nim kontaktu. Nie musi chodzić do świątyni, nie modli się, nie śpiewa pieśni i psalmów, nie spowiada się z grzechów, gdyż żadnych nigdy nie popełnia. Mimo to, żyje bliżej Boga niż kapłani i wyznawcy najpiękniejszych nawet religii.

Co jest wobec tego naszym zadaniem? Słuchanie nauczycieli, a następnie bezwzględne negowanie ich nauk. Odrzucamy ich przyjęcie, żeby samodzielnie przeanalizować i ocenić czy mają pokrycie w rzeczywistości, czy są może stekiem bajdurzeń. Sami musimy dokonać tej kwalifikacji; sami musimy znaleźć odpowiedź na swoje pytania. Filozoficzne idee oraz religijne dogmaty powinniśmy traktować tylko i wyłącznie jako okazję do podjęcia rozważań. Rozwój duchowy jest bowiem działaniem; jest czynnością umysłu, a nie prostą akceptacją rzeczy niezrozumiałych.

Kiedy słucham wykładu lub czytam książkę, czerpię słodki nektar z głębokiej czary mądrości. Nie przyjmuję jej jednak bezkrytycznie. Nie uczestniczę w tańcu słów nauczyciela bardziej niż jest to konieczne. Wybieram inną ścieżkę. Trudno ją znaleźć, gdyż jest niewidzialna, ale każdy jest w stanie postawić na niej stopę. Wystarczy pamiętać o tym, że każdy człowiek może się mylić. Jest to część naszej natury; naprawdę nie ma ludzi nieomylnych. Nawet jeśli ktoś jest darzony ogromnym szacunkiem przez cały świat, może wygłosić chybioną teorię. Od tego nie ma ucieczki.
Właśnie dlatego nie powinniśmy przyjmować niczego „na wiarę”. Nie wiemy przecież czy osoba głosząca swoje poglądy ma rację czy tkwi w błędzie. I nie dowiemy się tego, dopóki sami nie przeanalizujemy danej kwestii.

Link: Dziesięć przykazań rozwoju duchowego.

Podobał Ci się ten wpis? Poleć go znajomym:
Ten wpis został opublikowany w kategorii Samodoskonalenie i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Komentarzy do wpisu "Zaufanie": 15

  1. Teresa pisze:

    Czy możemy zaufać w pełni drugiemu człowiekowi lub nawet samemu sobie? Według mnie nie.

    W pełni można zaufać tylko Bogu, bo tylko On jest doskonały.

    Wystarczy pamiętać o tym, że każdy człowiek może się mylić. Nawet my sami.

  2. Jakub pisze:

    Gratuluję wspaniałej strony. Jestem pod wrażeniem i z pewnością będę tutaj często wracał :)

    Co do artykułu, zgadzam się z wieloma kwestiami. Uważam, że człowiek, który rozwija się duchowo nie powinien zajmować się sprawą istnienia lub nieistnienia Boga (osobowego), ponieważ żyje w Bogu każdego dnia. Dodam jednak, że moim zdaniem należy zachować uważność, aby nie popaść w nastawienie obrażania wszystkich religii i doszukiwania się w nich samych negatywnych stron. Wtedy zamiast rozwijać się duchowo, pracować nad współczuciem wobec wszystkich istot, zaczynamy czuć się lepsi od tych „wierzących”.

    mała uwaga:
    „gdyż żadnych nigdy nie popełnia.”

    Tutaj chyba wdarł Ci się jaki przypadkowy błąd, albo nie rozumiem co masz na myśli :)

    Pozdrawiam
    Jakub Mikołajczak

  3. @Jakub – masz rację. To, wbrew pozorom, wielka sztuka: powstrzymanie się od krytyki odmiennych wierzeń i poglądów. Osobiście, wolę wysłuchać i dogłębnie przeanalizować argumenty człowieka o odmiennych poglądach, niż automatycznie odrzucać jego wypowiedzi. Dlaczego? Z bardzo egoistycznego powodu. Ponieważ nie wiem czy to właśnie on nie jest tym, który ma rację. Może to ja się mylę, prawda? Moim obowiązkiem (wobec samego siebie) jest zatem poważne rozważenie argumentów rozmówcy i sformułowanie odpowiedzi. Bez tego nie mam prawa nikogo krytykować. Zrobiłbym z siebie głupca i nic poza tym bym nie osiągnął.

    Jeśli chodzi o fragment: „gdyż żadnych nigdy nie popełnia” – nie ma tutaj żadnego błędu. Chodziło mi o człowieka żyjącego w zgodzie w naturą wszechświata, innymi słowy: o osobę oświeconą (albo prawie). We wszechświecie nie istnieją żadne grzechy, są one wytworem ludzkim. To my, w oparciu o swoją moralność, ustalamy zachowania „grzeszne”. W rzeczywistości jednak coś takiego jest tylko iluzoryczną ideą. Mówimy, że zabicie drugiego człowieka jest grzechem. Ale czy lew zabijający innego lwa (który np. wszedł na jego tereny łowieckie) jest grzechem? Oczywiście, że nie. Grzech to coś, co sami określimy jako złe. Mędrzec nie czyni jednak niczego sprzecznego z naturą swoją i wszechświata. Z tego wynika, że nie popełnia żadnych grzechów. Są one bowiem sprzeczne z jego istotą. Oczywiście, chrześcijanin uzna za grzech, jeśli ktoś nie będzie chodził w niedzielę do kościoła. Ale pozwól, że zapytam: czy, z punktu widzenia wszechświata (czy nawet Boga), absencja na mszy świętej jest grzechem?

  4. Jakub pisze:

    Wojtku, mój błąd! Nie przeczytałem całego zdania i dlatego nie zrozumiałem dokładnie o Ci chodzi. Teraz jednak zapoznałem się z całością oraz z Twoim powyższym komentarzem i pojąłem co masz na myśli.

    Co do Twojego pytania: a czy msza święta ma jakikolwiek związek z naturą działania wszechświata? Moim zdaniem nie, w związku z tym absencja na niej nie może być uznana za grzech. Zresztą msza święta to oczywiście tylko wytwór systemu religijnego, a przykazanie konieczności uczestniczenia w niej, moim zdaniem bardziej jest związane z kwestią utrzymania instytucji niż zbliżenia się do Boga. Po pierwsze, mędrzec nie potrzebuje żadnych przykazań (narzuconych wartości), a po drugie, czuje obecność Boga wszędzie, w każdym przedmiocie, roślinie – nie czuje potrzeby „grupowej modlitwy w specjalnym budynku”.

    Chciałbym jeszcze nawiązać do komentarza Teresy – czy uważasz, że rozwój duchowy jest możliwy bez wiary w Boga? Czy duchowość jest również dla ateistów? Moim zdaniem zdecydowanie tak. Wiara w Boga nie jest konieczna do tego, aby podziwiać i delektować się pięknem natury wszechświata i żyć z nim w zgodzie. Oczywiście nie twierdzę również, że jest zbędna – po prostu myślę, że nie ma potrzeby aby pojęcia „duchowość Bóg” były ze sobą na stałe związane :)

  5. @Jakub – jak najbardziej: rozwój duchowy jest możliwy bez wiary w Boga. Posunę się nawet do stwierdzenia, że Bóg nie ma w ogóle nic wspólnego z rozwojem duchowym. Wiem, to może się wydać na pierwszy rzut oka bardzo kontrowersyjne stwierdzenie. W rzeczywistości jednak pojęcie Boga jest kwestią przyjęcia pewnej idei. Jest to idea wykreowana przez człowieka i na użytek człowieka. Jej celem jest wyjaśnienie pewnych zjawisk i ukojenie obaw dotyczących rzeczy niewyjaśnionych. Zamiast pobudzać do rozwoju (jak chociażby robi to niewiedza), otrzymujemy pakiet gotowych odpowiedzi i nie mamy już powodu szukać ich samodzielnie. Jeśli ktoś chce wierzyć, nie ma w tym oczywiście nic złego. W żaden sposób nie mam zamiaru krytykować religijności. Niemniej nie można samej wiary utożsamiać z rozwojem duchowym. Ona wchodzi w zakres pojęcia „duchowość”, a to nie to samo co „rozwój duchowy” (opis tego pojęcia przedstawiłem we wpisie: Czym jest rozwój duchowy). To są dwie różne rzeczy. Można być człowiekiem głęboko uduchowionym, a jednocześnie nie rozwijać się duchowo. I odwrotnie. To może się wydawać paradoksalne, ale czasami człowiek, którego duchowość w ogóle nie interesuje rozwija się duchowo o wiele bardziej niż inni. Ale to już temat do rozważań na inny dzień.

  6. Krysia pisze:

    … Lepiej iść w poświacie własnego cienia niż w blasku kogoś innego…
    W momencie dotarcia do celu, cień zostanie porzucony… Ten proces może być porównany do cienia jakie rzucają przedmioty o poranku – początek naszej drogi. Po naszym wieloletnim przeobrażaniu się jesteśmy transparentni, że światło nie wydobywa z nas żadnego cienia – słonce w południe… Cień został porzucony, bo my staliśmy się świetliści…

  7. Krysia pisze:

    …. Przez wiele lat szukamy w książkach, na warsztatach duchowych odpowiedzi na nasze pytania: – Skąd przychodzimy, dokąd zmierzamy ?.. Uczymy się języka ezoterycznego, psychologii duchowej, rożnych systemów duchowych i jeździmy na warsztaty duchowe, by w sobie odkryć odpowiedz na dręczące pytania. W momencie, gdy na tyle oczyściliśmy swoją historię nawiązujemy kontakt z mistrzem duchowym. I oto on nas prowadzi od wydarzeń do wydarzeń tłumacząc, co to za proces przebiega… tak to trwa, aż do wyzwolenia własnego wyższego ja z zapomnienia. Teraz ono ma nas ma doprowadzić do cudownego doświadczenia „kim jesteśmy”. Za tą chwilą tęskniliśmy przez całe życie, szukając namiastki tego w ludzkich wersjach miłości… Po doświadczeniu tego ekstatycznego uczucia błogostanu nigdy już nie będziemy uciekali od siebie, szukając miłości poza sobą. Już zawsze będziemy zakotwiczeni w sobie cudownej energii uczuć, emanując na zewnątrz cudowną wibracją akceptacji, ciepła, życzliwości i bezinteresowności…

  8. „Lepiej iść w poświacie własnego cienia niż w blasku kogoś innego”
    @Krysiu – to zdanie jest wspaniałe. Doskonale ujęłaś w kilku słowach całą tę moją paplaninę zawartą w artykule. Dziękuję :)

  9. Agnieszka pisze:

    Cieszę się, że ktoś prowadzi takie rozważania… zaufać sobie, dać sobie prawo do odczuwania w naturalny, swój własny sposób… bo na ogół nie bardzo potrafimy żyć… „rozwój duchowy” – to powinna być wiedza powszechna. Całe pokolenia mają zmarnowane życia, puste, idiotyczne, bezrefleksyjne. Nie mogę wyjść z zadziwienia jak łatwo można ludźmi manipulować i wciągać ich w swoisty letarg, w sprawy, które jedynie marnują im życie, zabierają czas i energię. Najważniejsze jest ciągle zadawać sobie pytanie: po co, dlaczego coś ma zrobić, dlaczego mam kogoś posłuchać itd. To rzecz jasna wymaga ciągłej dyscypliny, uważności… ale warto.

  10. Masz rację, Agnieszko, duchowa sfera życia człowieka jest zwykle bardzo zaniedbywana. Ludzie mają zwyczaj popadania w skrajności: albo sprawy duchowe ich w ogóle nie interesują, albo zastępują je imitacją duchowości, jaką są religie. Tymczasem prawdziwa duchowość schodzi na dalszy plan. Przynajmniej do czasu…

  11. Krysia pisze:

    „… Gdyż żadnych /błędów/ nigdy nie popełnia”
    … Bardzo mi się podoba ten fragment zdania. Ten cytat zawiera prawdę z najwyższego poziomu postrzegania praw życia na Ziemi.
    Z punktu widzenia architekta tego wymiaru, każdy człowiek żyjąc tak czy inaczej nie popełnia żadnego błędu… wszystko rozgrywa się tak jak ma być… Pojęcie błędu wprowadza syndrom pojęcie dobra i zła, oceniania, które są filarami świata walki przeciwieństw. Odwieczna walka dobra i zła i ocenianie oślepiło nas, że nie widzimy naszej podstawowej istoty naszego bytu… Każda istota wywodzi się ze Źródła. Ta sama struktura uczuć, tylko tematy doświadczeń są inne…
    …..Raz odgrywasz rolę skąpca a raz doktora Judyma… Raz jesteś zakonnicą z zablokowanym czakramem serca / /Magdalenki – film/, a raz prostą kobietą, do której wszyscy się garną i dostają wsparcie… i tak dalej … okrutnicy i świeci przewijają się na przemian w ludzkim wymiarze…
    Po odegraniu wszystkich ról przeznaczonej danej duszy / zespołowi świadomości, która jesteśmy/ integrujemy te doświadczenia i z takim darem dla Boga wychodzimy ze świata walki, by wejść do krainy harmonii. Krainy bez oceniania, bez przeciwników, bez separacji… żyjemy w poczuciu jedności z materią ożywioną, bo wszystko co żyje wywodzi się z jednego źródła…
    Nie ma błędów / pojęcie błędu, martwienie się, gdybym… to instrumenty pomnażania cierpienia / są tylko scenariusze do odegrania…
    … Co więc zrobimy w takim kontekście z Hitlerem, Stalinem…?

  12. @Krysiu – myślę, że Hitlera i Stalina do mędrców raczej zaliczyć nie można. Prawdziwy mędrzec w istocie nie popełnia błędów, gdyż wszystkie jego czyny pozostają zawsze w harmonii z wszechświatem. To ludzie, którym do mędrców jeszcze daleko nie potrafią zachować równowagi w swoich umysłach i sercach. Z tego powodu dochodzi do działań często zbrodniczych (jak w przypadku wspomnianych wyżej panów).

  13. Krysia pisze:

    ..Wojtku , jeżeli założenie jest prawdziwe , że nasz własny cień doprowadzi do światła ,… Nasze wnętrze projektuje naszą rzeczywistość….i wszystko co sprawia ból w drodze powrotnej wygasza się w nas …. by emanować harmonią…..
    …. To co zrobimy z Aleksandrem Wielkim co palił całe miasta..dla przykładu podbitym narodom…. W jakim celu zjawiają się takie istoty na Ziemi ?

    /

  14. Krysia pisze:

    ….. Wrócę do tematu …
    ….. Jaki jest cel stworzenia człowieka ?
    ….. Jaki jest cel pojawienia się dobrych czy świętych ludzi na świecie?
    …. Jaki jest cel pojawiania się złych ludzi?
    …..Jaki jest cel pojawiania się okrutników na wielką skalę?
    Wszyscy wywodzimy się z jednego źródła, więc po co taka rozpiętość doświadczeń?

    /

  15. @Krysiu, to bardzo ciekawe pytania.
    Myślę jednak, że odpowiedzi na nie mogą okazać się niezbyt przyjemne dla większości osób. Nie ma bowiem żadnego konkretnego celu w istnieniu naszym czy ludzi takich jak wspomniany przez Ciebie Aleksander Wielki. Istniejemy dlatego, ponieważ chcemy istnieć. Tylko tyle. Nie ma w tym żadnej mistycznej tajemnicy.

    Każdy z nas jest istotą obdarzoną świadomością i wolną wolą, prawda? Dlatego też jest zdolny do podejmowania autonomicznych decyzji. Aleksander palił miasta, Hitler mordował niewinnych ludzi tylko z powodu ich narodowości, etc. – tych ludzi nazywamy złymi i zastanawiamy się po co w ogóle się urodzili. Pamiętajmy jednak, że to jest tylko nasze subiektywne zdanie. Co więcej, tacy ludzie jak chociażby Hitler, również posiadali swoje poglądy i umiejętność podejmowania decyzji. Może nam się to nie mieścić w głowach, ale oni wcale nie uważali siebie za złych ludzi. Każdy z nich miał swoje powody, by działać w taki, a nie inny sposób. Hitler był zbrodniarzem – to nie podlega wątpliwości – ale sam zapewne za zbrodniarza się nie uważał. Był przecież „człowiekiem z misją”. Pozwól, że teraz ja zadam pytanie: jaka jest różnica między Hitlerem (mordującym tysiące ludzi z powodu narodowości), a papieżem Urbanem II, który wezwał do pierwszej wyprawy krzyżowej (czyli mordującym tysiące ludzi z powodu wyznania)? Moim zdaniem nie ma żadnej różnicy. Jedno i drugie to ohydna zbrodnia. Jedno i drugie było solidnie umotywowane i usprawiedliwione (przynajmniej w chorych umysłach organizatorów). Niemniej dzisiaj, pierwszy z nich jest uważany za złego człowieka, a drugi za osobę błogosławioną (beatyfikowany w 1881 r.).

    Jak sama piszesz (słusznie zresztą) wszyscy pochodzimy z tego samego źródła. Co za tym idzie posiadamy te same umiejętności podejmowania własnych decyzji i pielęgnowania własnych poglądów. To sprawia, że każdy z nas nieco inaczej patrzy na świat. Taka różnorodność nie ma żadnego celu, jest po prostu naturalnym objawem istnienia świadomości. Nie da się jej uniknąć, ponieważ każdy z nas jest inny i ma swoje własne cele i marzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>